Pojazd parowy Trevithicka i Viviana

Pojazd parowy Trevithicka i VivianaPojazd parowy był gotów w roku 1803 i odbył szczęśliwie podróż aż do Londynu, gdzie wzbudził olbrzymią sensację. A było na co patrzeć. Oto masywna, drewniana rama wsparta była na dwóch wielkich kołach napędowych o średnicy prawie dwa i pół metra, łatwo pokonujących wyboje na drodze, oraz na dwóch przednich, małych kołach, zwracanych na boki razem z osią. W ramie osadzony był poziomy kocioł parowy o wysokim ciśnieniu wraz z paleniskiem, kominem i platforemką dla palacza. Wewnątrz kotła znajdował się jeden cylinder roboczy maszyny parowej dwustronnego działania wraz z mechanizmem tłokowym i suwakowym rozrządem pary, poruszającym za pomocą układu korbowego i zespołu dużych kół zębatych koła napędowe pojazdu. Maszyna parowa pozwalała na rozwijanie szybkości około 16 km/h na drodze poziomej i około 5,5 km/h w czasie jazdy pod górę.
Nad ramą zawieszona była na resorach karoca mieszcząca 12 pasażerów, na przodzie której, na zewnątrz, przymocowana była ławka dla kierującego. Cały pojazd ważył 8 ton, a więc tyle, co nowoczesny, duży autobus.
Trevithick z Vivianem uzyskali duży rozgłos, gdy czyniąc zadość swej żyłce sportowej, odbyli pierwszy w dziejach świata „rajd samochodowy” na ustalonej i zapowiedzianej z góry trasie. Przebyli oni dokładnie w zaplanowanym czasie drogę z Leather Lane przez Oxford Street w Londynie, a następnie, przez Islington z powrotem do Leather Lane i to w towarzystwie dziesięciu zaproszonych pasażerów. Jeden z nich, wielki fizyk, Humprey Davy, wynalazca między innym bezpiecznej lampy górniczej (lampy Davy’ego), nazwał pojazd „Smokiem Kapitana Trevithicka”. Nazwa ta przyjęła się natychmiast w gronie wpływowych ludzi w Londynie, podziwiających nowy pojazd.
„Smok” daleki był jednak od doskonałości. Nie miał ogumienia, które nie było wtedy znane; hałasował potężnie, kopcił, buchał kłębami pary i snopami iskier, wzbudzając wprawdzie zrozumiałą sensację, ale i wywołując wielki zamęt na drodze oraz budząc sprzeciw wielu spokojnych obywateli. Konie w zaprzęgach płoszyły się i ponosiły, psy ujadały szarpiąc spodnie palacza, ludzie w panice uciekali z drogi. Okiennice w oknach domów stojących przy trasie przejazdu „piekielnej maszyny” zamykały się w obawie przed wybuchem kotła, a na kierowcę, palacza i pasażerów sypały się niejednokrotnie zgniłe jajka i nawet kamienie.
O ile ludzie rozumni widzieli w pojeździe oznakę postępu i prorokowali Trevithickowi wielki rozwój jego dzieła oraz chwalebny rozwój komunikacji mechanicznej, o tyle pospólstwo zajęło stanowisko skrajnie wrogie, ogłaszając wynalazcę szarlatanem. Ta wrogość znalazła niestety (jak zwykle) poparcie u władz, w których zasiadało wielu właścicieli konnych dyliżansów pocztowych, pragnących pozbyć się jak najprędzej niebezpiecznego konkurenta. Rozpoczęła się silna agitacja przeciwko wynalazcy, umiejętnie podsycana przez ustosunkowanych malkontentów.
W tych warunkach Trevithick, nie mogąc spieniężyć pojazdu z braku nabywców i nie mając środków do budowy nowego, ulepszonego wozu, zmuszony był poddać się.